Przejdź do głównej zawartości

Historia cz. 3

Dziś prezentuję Wam ostatnią część opowiadania - zagadki. Dla lepszej jasności i czytelności, zamieszczam poniżej całe opowiadanie, ale tę część której do tej pory na blogu nie publikowałam, zaznaczam pogrubioną czcionką.

Przypominam raz jeszcze, że w naszej zabawie literackiej chodzi o to, abyście odgadli dwie rzeczy:

1) Gdzie tak naprawdę rozgrywa się akcja opowiadania?
2) O co chodzi w tym opowiadaniu? Co tu się tak naprawdę wydarzyło?

Drugie pytanie może wydawać się niejasne, ale jeśli odpowiecie na pierwsze, również i ono nie powinno Wam sprawiać większych trudności.

Wiem, że zadanie nie należy do bardzo prostych, ale jeśli będziecie mieć problemy z odgadnięciem odpowiedzi, udzielę pewnych wskazówek :).

Mogę już chyba zdradzić, że niespodziankami, które czekają na Was w tej małej zabawie są oczywiście książki :).

A zatem... do dzieła.

Przed Państwem ostatnia część opowiadania.



Występują
(duchy z kaszubskich wierzeń i mitologii): 
 
Damkduch melancholii i milczenia.
Gosk – domowy duch gościnności.
Nieplёkùs – szyderczy duch przezwisk i kpiny.
Pòtãpnik – duch potępienia.


(Tytuł utworu ukryty, ponieważ zdradziłby rozwiązanie zagadki.)

            W naszej klasie pojawił się Stary.
Stary był ze dwa razy starszy od nas. Raczej nie mógłby być naszym ojcem, ale spokojnie nadawałby się na starszego wuja.
Nie pasował.
Staremu nie zależało na tym, żeby się z nami zaprzyjaźnić. Ani na tym, żeby nawiązać z nami nić porozumienia. Nosił w sobie jakąś tajemnicę, która sprawiała, że tylko na początku mu dokuczaliśmy. Później – próbowaliśmy ją odkryć.

            Stary zachowywał się ciągle tak samo. Był spokojny. Nie zależało mu. Wiecznie złośliwie, choć ledwo dostrzegalnie uśmiechnięty.

            Stary, gdyby odpowiednio się zakręcił, mógłby zrobić z nas bandę swoich fanatycznych sługusów – podległych jego woli, zafascynowanych jego wiekiem i doświadczeniem. Mógłby – gdyby zaimponował nam czymś, gdyby przejął nad nami władzę, gdyby pokazał nam – jak to jest po drugiej stronie pełnoletniości.

            Stary mógłby też zostać największą ofiarą klasową, jaką widziała ta szkoła w całej swojej historii. Gdyby zachowywał się służalczo, a jednocześnie nie przystawał do naszego młodego świata. Gdyby próbował stać się równym nam. Lub gdyby traktował nas z opiekuńczą wyższością starszego brata. Osaczylibyśmy go. I w końcu zniszczyli.

         Ale Stary nie wybrał żadnej z tych dróg. Choć nie odpowiadał na nasze zaczepki, nigdy nie stał się ofiarą klasową. Choć miał w sobie potencjał, nigdy nie został naszym przywódcą. Uśmiechał się tylko złośliwie, choć ledwo zauważalnie. Rzadko podnosił wzrok na któregokolwiek z nas.
Stary nosił tajemnicę. I ona go chroniła. A on chronił ją.
W klasie siedział w pierwszej ławce. Sam. To właśnie dlatego mogliśmy wciąż przyglądać się jego plecom i zastanawiać się – co ukrywa przed nami.

            Któregoś dnia zacząłem przyglądać mu się ze szczególną uwagą. Odkrycie jego tajemnicy stało się nagle najważniejszą rzeczą w moim życiu. Przyglądałem się intensywnie jego plecom, jakbym miał przez nie dostrzec, co skrywa w środku.
Stary siedział jak zawsze – oparty luźno – ani wyprostowany, ani zgarbiony. Krzesło było na niego znacznie za małe. Jego plecy przewyższały szerokością oparcie, a jego nogi – zgięte i wsparte o podłogę – podnosiły ławkę stojącą przed nim tak, że wisiała częściowo nad ziemią.
Nagle Stary poruszył się nieznacznie. Wyciągnął prawą rękę i sięgnął nią do kieszeni marynarki. Potem wyciągnął lewą rękę i również nią sięgnął – do drugiej kieszeni. W prawej jego dłoni pojawiła się paczka papierosów. W lewej – zapalniczka. Ta zapalniczka coś mi przypominała.
Stary rozparł się wygodnie, wyciągnął jednego papierosa z paczki, wsadził go sobie niespiesznie do ust i podpalił. Zaciągnął się spokojnie i z wyraźnym zadowoleniem. I tak sobie palił.
Rozejrzałem się po chłopakach. Jak to – zapalił sobie na lekcji? Nauczycielka zaraz urządzi mu piekło. Patrzyliśmy jeden na drugiego ze zdziwieniem, z głupkowatym zmieszaniem.
Po klasie rozszedł się zapach dymu tytoniowego. Przyjemny dla mnie – wszyscy już w tym czasie popalaliśmy za kioskiem po lekcjach papierosy podkradzione ojcu.
Któryś z chłopaków w końcu nie wytrzymał.
            - Daj szluga – odezwał się nieśmiało do Starego.
Jak to – pomyślałem – przecież trwa lekcja i nauczycielka zaraz „da nam popalić”.
Stary wyprostował się w krześle bardzo powoli. Sięgnął do prawej kieszeni, sięgnął do lewej. Wyciągnął paczkę i zapalniczkę. Odwrócił się niespiesznie i rzucił oba przedmioty w stronę tego, który go zawołał.
Był to Rudy. Rudy był rudy, ale już dawno mu to wybaczyliśmy, bo bił się z każdym z nas. A bił się dobrze. Niejednego z nas wrzucił też do śmietnika, więc z Rudym się liczyliśmy.
Rudy chwycił papierosa i zapalniczkę rozglądając się po nas z głupkowatym uśmiechem. Chciał podpalić, ale gdy przyjrzał się bliżej zapalniczce, coś go tknęło. Może i jemu wydawała się ona dziwnie znajoma. Spoglądał na nią przez jakiś czas, po czym wzruszył ramionami i podpalił swojego papierosa.
Dlaczego nauczycielka się nie wydziera? – nie mogłem się nadziwić. Spojrzałem znowu na plecy Starego i zdziwiłem się bardzo, bo obok niego w ławce ktoś teraz siedział. Miał chude plecy i nerwowe ruchy. Szeptał coś do ucha Starego.
Nagle poczułem się nieswojo. Zapragnąłem przerwać tę lekcję. Chciałem zrobić coś bardzo niemęskiego – zatęskniłem za otwartymi ramionami mojej matki, za gościnnym progiem mojego domu, którego strzeże i chroni dobry Gosk.
Chciałem podnieść się z krzesła i wyjść – natychmiast, niezależnie od tego, co powie nauczycielka. Lecz nie mogłem. Kolana odmówiły mi posłuszeństwa, a pośladki przykleiły się do krzesła.
Rudy spojrzał na mnie i cisnął w moją stronę papierosy i zapalniczkę. Byłem zdenerwowany. Byłem przerażony. Ale nie mogłem tego dać po sobie poznać. Gdybym okazał się miękki, sam mógłbym stać się ofiarą.
Chwyciłem więc drżącą ręką papierosa, a w drugą dłoń ująłem zapalniczkę. I znowu coś się we mnie poruszyło. Teraz już byłem pewien – znam tę zapalniczkę. Nie mogę sobie tylko przypomnieć – skąd.
Odpaliłem papierosa, ale ku mojemu zdziwieniu, dym, który wydobył się z jego końca nie pachniał tytoniem. Pachniał smołą. Spojrzałem w stronę Starego i nagle poraziło mnie – rozpoznałem plecy tego, który siedział teraz obok niego. To były kościste łopatki Nieplёkùsa – to jego nerwowe ruchy. To on pochylał się nad uchem Starego i szeptał mu do ucha słowa pełne kpiny. Nagle coś mi się przypomniało. Już kiedyś w tej ławce zasiadał Nieplёkùs. Ale to musiało być bardzo dawno temu, bo wspomnienie jego ruchów, jego słów pełnych jadu, jego złośliwego spojrzenia były w mojej głowie mocno zatarte.
Skupiłem się. I przypomniałem sobie.

Przypomniałem sobie chłopca, którego nazywaliśmy Nowym jeszcze rok po tym, jak się u nas pojawił. Klasową ofiarą uczyniliśmy go bez wahania i od razu, bo do szkoły przychodził ze swoim osobistym Damkiem, który towarzyszył mu przez cały czas. Siedzieli razem – w pierwszej ławce i milczeli. Rzucaliśmy w nich czym popadnie – gumami do żucia, papierami, żabami. Któregoś dnia Rudy trafił Damka w głowę kamieniem i to ostatecznie go zniechęciło. Wstał i wyszedł, a jego miejsce przy Nowym zajął Nieplёkùs.
Nieplёkùs był nawet wierniejszy od Damka. Ściśle obejmował szyję Nowego i szeptał mu, szeptał przez cały czas. Szydził z jego spokoju, szydził z jego milczenia. A gdy Nowy płakał – kpił z jego łez.

            Któregoś dnia, gdy Nieplёkùs był w wyjątkowo dobrym humorze, odwrócił się w naszą stronę i rzucił pierwszemu chłopakowi z brzegu zapalniczkę. Trudno było wymyślić coś złośliwego z zapalniczką, ale dobry Nieplёkùs pomógł nam. Chodząc od jednego do drugiego, wyszeptał nam cały swój plan, wyszeptał nam, co mamy zrobić. I zrobiliśmy to.

            Ocknąłem się teraz, wyrwany z tego wspomnienia. Przyjrzałem się zapalniczce i rozpoznałem ją. Nieplёkùs siedzący obok Starego odwrócił się w moją stronę i wyszczerzył w strasznym uśmiechu, który przecinał jego twarz wąską szparą od jednego płatka ucha do drugiego.
Pomyślałem, że tego już wystarczy. Nie chcę być dłużej na tej lekcji. Tęsknię do otwartych ramion matki i do dobrego Goska, który śpi u nas za wieszakiem na kapelusze dla gości. Nie obchodziło mnie, co powiedzą chłopaki i czy zrobię z siebie pośmiewisko. Wstanę z miejsca i powiem nauczycielce „proszę pani, ja chcę do domu”.
Proszę pani, ja chcę do domu, proszę pani, ja chcę do domu.
Podniosłem wzrok na nauczycielkę, która zawsze zapisywała coś na tablicy – pełna rezygnacji i pozbawiona wiary w nasze postępy.
Przed tablicą nie stała jednak nasza nauczycielka. Stał nauczyciel. Trzymał w garści ogromny drąg, którym mieszał w ołowianym kotle.
 

Komentarze

  1. Nie ma łatwiejszej wersji na trójkę?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wersji na trójkę nie ma, ale za to podałam pierwszą podpowiedź :)

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Wiosna, pani Trino

To już oficjalne! Od dziś wiosna! Bardzo mi brakowało tej zmienności gdy mieszkałam za granicą. Tych wszystkich stu pięćdziesięciu pór roku, które mamy w Polsce (przedwiośnie, już-prawie-wiosna, w-zasadzie-już-wiosna-ale-spadł-śnieg-i-jest-minus-dziesięć i tak dalej).
Wiosna sprawia, że tym przyjemniej mi się się wszystko ZACZYNA. Mam mnóstwo energii i wspaniale mi się grzebie w papierzyskach dotyczących historii Triny Papisten i pozostałych "czarownic" z Pomorza.
Tu w drodze do biblioteki Muzeum Pomorza Środkowego, które udostępniło mi ważne dla historii materiały :)

Święto Igieł

Sezon na zamiatanie igieł po choince uważam za otwarty. Zamiatanie Igieł to największe (a w zasadzie najdłuższe) święto w polskim kalendarzu wszelkich okoliczności. Rozpoczyna się tradycyjnie po 6 stycznia, a kończy się wraz z nastaniem kolejnych Świąt Bożego Narodzenia. Do tego czasu Polacy odnajdują igły w swoich skarpetach, posiłkach, w pościeli... słowem - wszędzie. Igły pozwalają im utrzymać przez cały rok świąteczną atmosferę. Nawet jeśli sądzisz, że już ich nie ma, pojawiają się gdzieś w zakamarkach. Nawet gdy nadchodzi Wielkanoc i myślami krążysz raczej wokół jajek, niż wokół igieł, one wyskakują gdzieś zza kanapy i radośnie kłują cię w palce :).
Skoro już uderzam w taki nastrojowy ton... Byłam dziś na cmentarzysku choinek i zrobiło mi się przykro. Gdy mieliśmy kominek, paliliśmy nimi wieczorkiem i czuliśmy jeszcze zapach iglaka, składając mu hołd oraz ciesząc się z jego całopalnego pożegnania. Teraz kominka brak i iglak poszedł do mogiły zbiorowej.
I w ogóle tak jakoś melanchol…

Czy moje "ja" jest naprawdę moje? :)

Podobno każdy z nas zmienia się mniej więcej co 7-8 lat. Oczywiście nie chodzi tu o wygląd, lecz o psychikę. I nie jest to zmiana nagła, ale stopniowa. Po prostu "ja" siedmioletnie i "ja" czternastoletnie różnią się tak bardzo, że równie dobrze mogłyby to być dwie inne osoby. Ale jeszcze ciekawiej jest gdy takie różnice występują pomiędzy mną dwudziestoośmioletnią a mną trzydziestopięcioletnią.
Nie macie czasem wrażenia, że na jakimś etapie życia wdrukowaliście sobie określony cel / sposób życia / plan / marzenie i po prostu zapomnieliście sprawdzać na bieżąco, czy on nadal jest aktualny? Bo czasami tak się o coś walczy, walczy i z jakiegoś powodu nie wychodzi. A może warto się zatrzymać i zastanowić, czy nadal tego w ogóle pragniemy? Czy to nadal są MOJE pragnienia, czy może pragnienia mnie z przeszłości?
Ot, takie filozoficzne rozważania przy wieczornym kakao ;)