Przejdź do głównej zawartości

Premiera od kuchni :)

Ludzie mnie czasami pytają jak wygląda dla mnie sam dzień premiery książki. Czy piję szampana, czy jest bankiet, na którym hostessy roznoszą koreczki i dyskutuje się o sztuce.

Zapewne czasami tak właśnie wyglądają premiery. Ale nie w moim przypadku :).

Owszem, będą spotkania autorskie z okazji nowej książki. Owszem, będą warsztaty, będą mitingi promocyjne. Na dniach.

Ale sam dzień premiery wyglądał u mnie tak (fotorelacja):

Poszłam oddać wypożyczone książki do biblioteki. Dokładniej - do tej biblioteki:


Następnie udałam się do warsztatu rowerowego po odbiór mojego roweru. Dokładniej - tego roweru:


Gdy wróciłam do domu, mąż oznajmił mi, że czeka na mnie paczka. Dokładniej - ta paczka:


A w niej zawartość - egzemplarze autorskie. Dokładniej - te egzemplarze:



 
Stwierdziłam, że okładka prezentuje się znacznie piękniej na żywo, niż na zdjęciach (podoba mi się zwłaszcza jej tył :). Spodobało mi się również to, że ktoś, kto tworzył opis na tył książki najwyraźniej zrozumiał to, o co mi w niej chodziło.

Przeczytałam kilka stron i poczułam zadowolenie. Pomyślałam, że to dobra książka i że może ją czekać równie dobra przyszłość.

A następnie ubrałam buty i wyszłam na imieniny teściowej, gdzie nie było ani hostessy, ani szampana, ani koreczków. Za to była babka, krówki i barszcz, który uwielbiam.

Komentarze

  1. Też lubię barszczyk:) Ta stylowa maszyna do pisania służy Ci do tworzenia kolejnych rozdziałów czy bardziej do ozdoby?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja w ogóle jestem fanką zup! A co do maszyny - chcę na niej napisać coś w rodzaju "Wspomnień", czyli mój własny odpowiednik "Pamiętnika Tatusia Muminka". Książek jako takich na niej nie piszę. Jej oddziaływanie jest tak silne, że nie potrafiłabym na niej stworzyć powieści współczesnej. Wychodziłyby mi same retro historie :). Maszyna służyła w rodzinie przez wiele lat - dostałam ją od dziadka.

      Usuń
    2. Jest piękna, ale przyzwyczajonemu do komputera trudno pewnie byłoby coś na niej napisać. Pewnie byłoby to denerwujące - nie móc od razu poprawić.

      Usuń
    3. Jeśli chodzi o kwestie praktyczne to niemożność poprawienia nie jest nawet tak uciążliwa. Gorsza sprawa z powielaniem i przepisywaniem na format "komputerowy". :)

      Usuń
  2. Marta, wspaniałe wieści! Gratuluję serdecznie! Chociaż Ty to już jesteś przyzwyczajona do premier :))) Ściskam mocno! Okładka naprawdę piękna. I tytuł także. Jak zwykle.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo :). Coś Ty, nigdy się nie przyzwyczaję ;). Chciałabym bardzo znać Twoją opinię o tej książce. Gdybyś kiedyś podzieliła się nią ze mną, byłabym wielce uradowana!

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Wiosna, pani Trino

To już oficjalne! Od dziś wiosna! Bardzo mi brakowało tej zmienności gdy mieszkałam za granicą. Tych wszystkich stu pięćdziesięciu pór roku, które mamy w Polsce (przedwiośnie, już-prawie-wiosna, w-zasadzie-już-wiosna-ale-spadł-śnieg-i-jest-minus-dziesięć i tak dalej).
Wiosna sprawia, że tym przyjemniej mi się się wszystko ZACZYNA. Mam mnóstwo energii i wspaniale mi się grzebie w papierzyskach dotyczących historii Triny Papisten i pozostałych "czarownic" z Pomorza.
Tu w drodze do biblioteki Muzeum Pomorza Środkowego, które udostępniło mi ważne dla historii materiały :)

Święto Igieł

Sezon na zamiatanie igieł po choince uważam za otwarty. Zamiatanie Igieł to największe (a w zasadzie najdłuższe) święto w polskim kalendarzu wszelkich okoliczności. Rozpoczyna się tradycyjnie po 6 stycznia, a kończy się wraz z nastaniem kolejnych Świąt Bożego Narodzenia. Do tego czasu Polacy odnajdują igły w swoich skarpetach, posiłkach, w pościeli... słowem - wszędzie. Igły pozwalają im utrzymać przez cały rok świąteczną atmosferę. Nawet jeśli sądzisz, że już ich nie ma, pojawiają się gdzieś w zakamarkach. Nawet gdy nadchodzi Wielkanoc i myślami krążysz raczej wokół jajek, niż wokół igieł, one wyskakują gdzieś zza kanapy i radośnie kłują cię w palce :).
Skoro już uderzam w taki nastrojowy ton... Byłam dziś na cmentarzysku choinek i zrobiło mi się przykro. Gdy mieliśmy kominek, paliliśmy nimi wieczorkiem i czuliśmy jeszcze zapach iglaka, składając mu hołd oraz ciesząc się z jego całopalnego pożegnania. Teraz kominka brak i iglak poszedł do mogiły zbiorowej.
I w ogóle tak jakoś melanchol…

Czy moje "ja" jest naprawdę moje? :)

Podobno każdy z nas zmienia się mniej więcej co 7-8 lat. Oczywiście nie chodzi tu o wygląd, lecz o psychikę. I nie jest to zmiana nagła, ale stopniowa. Po prostu "ja" siedmioletnie i "ja" czternastoletnie różnią się tak bardzo, że równie dobrze mogłyby to być dwie inne osoby. Ale jeszcze ciekawiej jest gdy takie różnice występują pomiędzy mną dwudziestoośmioletnią a mną trzydziestopięcioletnią.
Nie macie czasem wrażenia, że na jakimś etapie życia wdrukowaliście sobie określony cel / sposób życia / plan / marzenie i po prostu zapomnieliście sprawdzać na bieżąco, czy on nadal jest aktualny? Bo czasami tak się o coś walczy, walczy i z jakiegoś powodu nie wychodzi. A może warto się zatrzymać i zastanowić, czy nadal tego w ogóle pragniemy? Czy to nadal są MOJE pragnienia, czy może pragnienia mnie z przeszłości?
Ot, takie filozoficzne rozważania przy wieczornym kakao ;)