Przejdź do głównej zawartości

Wywiady

Letnia Redakcja TV Słupsk:
 

 
Wywiad w czerwcowym "Zwierciadle":


 

Wywiad w czerwcowym "Sensie":






Rozmowa w "Przystanku Tramwaj"
(Letnia Redakcja TV Słupsk):





Rozmowa "Na cztery ręce" w radiowej "Czwórce":


 


Wywiad dla Bibliocampu:


Rozmowa na gazeta.pl:
http://kultura.gazeta.pl/kultura/1,119873,17986231,PISANIE_JEST_GORSZE_NIZ_ZABAWA_W_BOGA.html

 
Rozmowa w "Subiektywnie o książkach":

http://www.subiektywnieoksiazkach.pl/2014/10/realizm-magiczny-fascynuje-mnie-i.html#more


Mini-wywiad w "Subiektywnie o książkach":

http://www.subiektywnieoksiazkach.pl/2015/05/otoz-fantazja-wprowadzona-w-czyn-jest.html#more



Rozmowa z "Esa czyta"
http://esaczyta.blogspot.com/2014/11/wywiad-z-marta-trzeciak-inframundo.html#comment-form

Glamki.pl
http://www.glamki.pl/news/ksiazki/kim-jest-pisarka-marta-alicja-trzeciak,40_15630.html
 

Rozmowa "W Starym Kadrze":




Rozmowa z Meme:

Meme: Witam serdecznie i na wstępie od razu bardzo dziękuję, że zgodziła się Pani odpowiedzieć na te kilka moich pytań ;)


Marta A. Trzeciak: Witam również - cała przyjemność po stronie mojej oraz kina „Inframundo” :).


Meme: Bohaterowie Pani debiutanckiej pozycji nie tylko pracują w kinie, ale i żyją kolejnymi seansami wyświetlanymi na ekranie tytułowego „Inframundo”. Skąd pomysł by Greta i jej przyjaciele byli pasjonatami filmu?


Marta A. Trzeciak: Przyznam szczerze, że bohaterowie moich książek po prostu pojawiają się w mojej wyobraźni jako odrębne i rzeczywiste twory – skoro Greta i Laudo są ludźmi, którzy kochają stare filmy, to takimi właśnie pozwoliłam im być na kartach powieści. Skoro Greta jest niepoprawną marzycielką, rozmawiającą z bohaterami starych filmów, to po prostu nie mogłam pozwolić, by stała się kimś innym. Poza tym, miłość bohaterów „Inframundo” – w szczególności Grety – do starego kina uosabia przywiązanie do marzeń z dzieciństwa. Greta kocha stare filmy, bo się z nimi wychowała. Unika tego, co krzykliwe, nowoczesne i jej zdaniem – bezwartościowe. Kino pozwala jej żyć w świecie marzeń, który zna i w którym czuje się bezpieczna.


Meme: Główna bohaterka wiele razy w swojej wyobraźni stawała się częścią swoich ulubionych produkcji i rozmawiałam z postaciami widzianymi na dużym ekranie. Czy tak jak Greta ma Pani swój ulubiony film, przy którego oglądaniu przeżywa Pani dylematy widzianych kreacji?


Marta A. Trzeciak: Oczywiście! Do moich ulubionych filmów należy „Kotka na rozgrzanym, blaszanym dachu” z Elizabeth Taylor i Paulem Newmanem, czy niezastąpiona „Casablanca” z Humphreyem Bogartem i Ingrid Bergman. Za każdym razem, gdy oglądam te filmy zagryzam palce i czuję ciarki na plecach – dialogi bohaterów mają wartość, ich rozterki są soczyste, a charaktery spójne. Kiedyś filmy kręciło się w taki sposób, w jaki realizowało się sztuki teatralne – każde ujęcie było dziełem sztuki, a każdy dialog był wartościowy. Oczywiście, nie chodzi mi o to, że „za starych czasów” powstawały same dobre filmy, a teraz nie ma nic wartościowego – po prostu panowała inna konwencja. Bardziej przypominająca powieść, w której każde zdanie ma znaczenie i nie można sobie pozwolić na „śmieci”, chyba, że czemuś konkretnemu służą.


Meme: Z pewnością publikacja debiutu to nie łatwa sprawa. Na decyzję podjęciu próby wydania własnej powieści wpływa wiele rzeczy. Jak to było w Pani przypadku?


Marta A. Trzeciak: Decyzja o wydaniu książki zapada jakby „sama”. Pisanie powieści trudno porównać do jakiejkolwiek innej czynności – jest zarazem ciężką pracą i świetną zabawą. W moim przypadku jest też „przymusem”. Kiedy postaci powieści pojawiają się w mojej wyobraźni, kiedy przychodzi mi pomysł na nową historię nie za bardzo mam wybór :) – po prostu muszę siąść do kartki papieru i przelać tę historię na papier. Gdy już tych historii trochę się nagromadzi, człowiek chce, aby jego „dziecko” ożyło – chce wydać książkę. Tworzy się zarówno dla siebie, jak i dla czytelników, tak samo jak żyje się zarówno dla samego siebie, jak i dla swoich bliskich. Wiadomo, że najważniejsze jest, by samemu być zadowolonym z tego, co się napisało, ale jednocześnie – to czytelnicy sprawiają, że świat powieści może ożyć naprawdę – w ich emocjach.


Meme: Pisanie często bywa niełatwą sprawą. Zwłaszcza kiedy tysiące słów i kwestii wytworzonych w wyobraźni bohaterów wręcz „pchają się” na kartkę. Co było dla Pani najtrudniejsze podczas pisania? A może to droga debiutanta okazała się najtrudniejszym etapem do chwili, gdy mogła Pani trzymać w rękach „własne dziecko” ?


Marta A. Trzeciak: Zdecydowanie najtrudniejszą rzeczą podczas tworzenia książki była dla mnie dyscyplina pisania. Zapewne każdy pisarz inaczej podchodzi do tworzenia – z pewnością są tacy, którzy rozrysowują sobie plan powieści, opracowują szczegółowo każde wydarzenie, a dopiero na końcu siadają do pisania. W moim przypadku tak nie jest. Najpierw pojawiają się bohaterowie, potem świat, w którym żyją oraz historie, których doświadczają. Moich bohaterów traktuję jak prawdziwe osoby, więc jak najprędzej chcę dać im życie, prawo do głosu i swobodę działania. W związku z tym, do pisania podchodzę bardzo emocjonalnie. Niekiedy więc, muszę zmuszać się do tego, by uporządkować wydarzenia w taki sposób, bym nie tylko ja i bohaterowie wiedzieli, co się dzieje, ale również czytelnik.

Natomiast, jeśli chodzi o samą drogę debiutanta to wydanie powieści nie wydaje mi się najtrudniejszym etapem. Dopiero zderzenie z rzeczywistością potrafi zaboleć. Ludzie chętniej wybierają to, co znane, niż dają szansę komuś, o kim nie słyszeli lub komuś, kto nie chce się promować na płatkach śniadaniowych. Muszę przyznać, że otrzymuję bardzo wiele ciepłych słów dotyczących „Inframundo”, ale aby te ciepłe słowa do mnie dotarły warunek jest jeden – ktoś musi najpierw przeczytać książkę, aby ją polubić. Z tym niekiedy jest problem.


Meme: Pisanie miało być dla Laudo korzyścią materialną i sposobem na godne życie dla nowo powstałej rodziny. A czym jest ono dla Pani? Opowiadanie historii to pasja, zawód, a może misja umożliwiająca przekazanie konkretnych życiowych sytuacji?


Marta A. Trzeciak: Pisanie jest dla mnie niemal wszystkim – nawet, jeśli brzmi to jak truizm. Jest zarazem pasją, sposobem wyrażenia swoich myśli, uwolnieniem wyobraźni, jak i „przymusem” wewnętrznym. Pisanie jest tworzeniem nowych światów, stwarzaniem realnych i nierealnych ludzi, jest słynnym „zwierciadłem przechadzającym się po gościńcu – to odbija lazur nieba, to błoto przydrożnej kałuży”.


Meme: Długopis, kartka papieru, notes, brulion, maszyna do pisania, klawiatura, monitor, laptop. Każdy autor może w inny sposób tworzyć własne dzieło. Jak wyglądało u Pani pisanie „Inframundo”? Robiła to Pani w tradycyjny sposób z piórem w dłoni, czy może systematycznie stukała w klawiaturę? Debiutancka powieść była tworzona od deski, do deski, czy może fragmentacjami?


Marta A. Trzeciak: Ostatecznie powieść trafia oczywiście do komputera. Zanim to jednak nastąpi, ożywa po części na mojej starej maszynie do pisania, po części w notesie, gdzie zapisywana jest piórem. Zwykle do komputera siadam, by napisać gotowy rozdział, ale jeśli natchnienie przychodzi w pociągu, w parku, podczas kolacji, czy kawy – wtedy pozostaje brulion i pióro... Nie ma ucieczki przed wyobraźnią :).


Meme: Czasami wszystko ustalone jest z góry od początku, a bohaterowie „nie wtrącają się i nie chcą zmieniać tego, co ich czeka”. Czy miała Pani od początku zaplanowane, jak potoczy cię akcja, jakie przygody będą przeżywać bohaterowie i jakie trudności będą ich spotykać ? Czy może w trakcie pisania wszystko samo nabrało kolorów?


Marta A. Trzeciak: W moich powieściach nie mam nad bohaterami władzy absolutnej. Są rozbrykani i rzadko mnie słuchają – kiedy już ich charakter się ukształtował, zachowują się tak, jak podpowiada im natura. Tak, jak powiedziałam wcześniej – kluczem do odpowiedzi na to pytanie jest kolejność, w której poszczególne elementy powieści pojawiają się w mojej głowie. Wszystko zaczyna się od bohatera. Jeśli bohater jest człowiekiem o określonej przeszłości i charakterze, wydarzenia, które go spotkają kreują się częściowo same. Moje planowanie sprowadza się zatem do „knucia intrygi” lub prowadzenia fabuły w odpowiednim tempie. Niekiedy jednak, zdarza się, że chciałam, żeby bohater zrobił pod koniec powieści coś innego, niż ostatecznie robi.


Meme: Każdy pisarz ma swój ideał, kogoś, kto jest dla niego nie tylko autorytetem, ale również kimś, w kogo książki może się zaczytywać bez opamiętania. Czy i Pani ma taki własny autorytet w świecie literatury? Może ktoś szczególnie często gości na Pani półkach?


Marta A. Trzeciak: Naturalnie, mam swoich ulubionych autorów. Uwielbiam Marqueza za jego realizm magiczny – zwłaszcza w „Stu latach samotności”, przepadam za Vonnegutem, u którego podziwiam odwagę prostoty, cenię Dumasa za to, jak kreuje rzeczywistość, lubię bardzo Irvinga za to, że ceni sobie opowieść bardziej niż górnolotny przekaz. Oczywiście, książką mojej „nastoletniości” był „Mistrz i Małgorzata”, a hitem dzieciństwa „Porwanie Baltazara Gąbki” :). Długo by wymieniać.


Meme: Pytanie, które chciałabym zadać raczej nie powinno być zaskoczeniem. Z napisaniem pierwszej pozycji zyskała sobie Pani osoby, które będą czekać na kolejne książki (ja z pewnością do nich należę). Czy planuje Pani powstanie kolejnej lektury? A może ona już powstała lub jest w trakcie tworzenia i niebawem będę mogła chwycić kolejną Pani powieść w ręce?


Marta A. Trzeciak: Bardzo mi miło :). Następna książka już powstała, jednak nie została jeszcze wydana. Greta i „Inframundo” są dość angażujący, więc moja kolejna powieść musi jeszcze trochę poczekać zanim zacznie pachnieć farbą drukarską. Nosi tytuł „Dalej” i opowiada historię trzech sióstr, które spotykają się po latach w dość nietypowych okolicznościach. Mieszanka jest prawdziwie wybuchowa – Rita jest nieokrzesaną perkusistką, Matylda weganką udzielającą się społecznie, a Stella cierpi na chroniczną bezsenność. Siostry spotykają się w wielkim domu swojej ciotki, która roztacza wokół siebie aurę tajemniczości. Okazuje się, że czeka je zadanie, które wymaga współpracy i przełamania swoich uprzedzeń. Siostry odkryją, że łączy je coś więcej, niż tylko więzy krwi...


Meme: I na koniec – Jak zachęciłaby Pani potencjalnych czytelników do lektury swojego debiutu?


Marta A. Trzeciak: Uważam, że „Inframundo” jest wyjątkowe, ponieważ pozwala czytelnikowi rozwiązywać tajemnice razem z Gretą i zanurzyć się w jej wyjątkowej wyobraźni. Każdy z nas jest po części Gretą, Laudo lub Erwiną – mamy swoje marzenia, pragnienia oraz lęki. Niekiedy boimy się tego, co nowe i kurczowo trzymamy się tego, co znane i stare. Poza tym, powieść porusza tematykę starego kina i filmów – pozwala czytelnikowi poczuć, co to jest prawdziwa „magia kina”.


Meme: Bardzo dziękuję, że poświęciła mi Pani te kilkanaście minut i pozwoliła dowiedzieć się nieco więcej na temat osoby, której dzieło odkrywa się pod niepozorną okładką ;)


Marta A. Trzeciak: Ja również dziękuję bardzo i pozdrawiam moich obecnych oraz przyszłych czytelników :).

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Wiosna, pani Trino

To już oficjalne! Od dziś wiosna! Bardzo mi brakowało tej zmienności gdy mieszkałam za granicą. Tych wszystkich stu pięćdziesięciu pór roku, które mamy w Polsce (przedwiośnie, już-prawie-wiosna, w-zasadzie-już-wiosna-ale-spadł-śnieg-i-jest-minus-dziesięć i tak dalej).
Wiosna sprawia, że tym przyjemniej mi się się wszystko ZACZYNA. Mam mnóstwo energii i wspaniale mi się grzebie w papierzyskach dotyczących historii Triny Papisten i pozostałych "czarownic" z Pomorza.
Tu w drodze do biblioteki Muzeum Pomorza Środkowego, które udostępniło mi ważne dla historii materiały :)

Święto Igieł

Sezon na zamiatanie igieł po choince uważam za otwarty. Zamiatanie Igieł to największe (a w zasadzie najdłuższe) święto w polskim kalendarzu wszelkich okoliczności. Rozpoczyna się tradycyjnie po 6 stycznia, a kończy się wraz z nastaniem kolejnych Świąt Bożego Narodzenia. Do tego czasu Polacy odnajdują igły w swoich skarpetach, posiłkach, w pościeli... słowem - wszędzie. Igły pozwalają im utrzymać przez cały rok świąteczną atmosferę. Nawet jeśli sądzisz, że już ich nie ma, pojawiają się gdzieś w zakamarkach. Nawet gdy nadchodzi Wielkanoc i myślami krążysz raczej wokół jajek, niż wokół igieł, one wyskakują gdzieś zza kanapy i radośnie kłują cię w palce :).
Skoro już uderzam w taki nastrojowy ton... Byłam dziś na cmentarzysku choinek i zrobiło mi się przykro. Gdy mieliśmy kominek, paliliśmy nimi wieczorkiem i czuliśmy jeszcze zapach iglaka, składając mu hołd oraz ciesząc się z jego całopalnego pożegnania. Teraz kominka brak i iglak poszedł do mogiły zbiorowej.
I w ogóle tak jakoś melanchol…

Czy moje "ja" jest naprawdę moje? :)

Podobno każdy z nas zmienia się mniej więcej co 7-8 lat. Oczywiście nie chodzi tu o wygląd, lecz o psychikę. I nie jest to zmiana nagła, ale stopniowa. Po prostu "ja" siedmioletnie i "ja" czternastoletnie różnią się tak bardzo, że równie dobrze mogłyby to być dwie inne osoby. Ale jeszcze ciekawiej jest gdy takie różnice występują pomiędzy mną dwudziestoośmioletnią a mną trzydziestopięcioletnią.
Nie macie czasem wrażenia, że na jakimś etapie życia wdrukowaliście sobie określony cel / sposób życia / plan / marzenie i po prostu zapomnieliście sprawdzać na bieżąco, czy on nadal jest aktualny? Bo czasami tak się o coś walczy, walczy i z jakiegoś powodu nie wychodzi. A może warto się zatrzymać i zastanowić, czy nadal tego w ogóle pragniemy? Czy to nadal są MOJE pragnienia, czy może pragnienia mnie z przeszłości?
Ot, takie filozoficzne rozważania przy wieczornym kakao ;)